Dlaczego dostajesz kosza (na Tinderze lub ogólnie)?
Marcin był raczej przystojnym kolesiem. Miał fajną pracę, własne mieszkanie, prawie trzydziestkę na karku i dwa metry wzrostu, więc nigdy nie usłyszał tekstu ,,facet zaczyna się od metra osiemdziesiąt". Miał nawet sporo zainteresowań, paczkę kumpli do grania w Fifę i dobrze gotował. Full Pakckage.
Na Tinderze szło mu umiarkowanie dobrze, ale problem były laski, z którymi nie dało się pisać. Albo odpisywały zdawkowo, albo w ogóle, a jak pisały to takie głupoty, że nie szło wytrzymać. Dopiero z Bianką pisało mu się zadziwiająco dobrze. Nie czekał dłużej, wziął jej Facebooka i zaprosił na randkę.
Założył koszulę i przyjechał do jej miasta jak gentelman, z myślą aby to ona nie musiała się tłuc pociągami. Na żywo wyglądała trochę inaczej niż na zdjęciach, ale była ładna, bardzo ładna, choć widział już w życiu ładniejsze kobiety. Była dużo niższa od niego, nawet w obcasach, ale jemu to nie przeszkadzało. Poszli do gruzińskiej restauracji, którą wybrał on i która później stała się ulubioną restauracją Bianki. Dobrze im się rozmawiało, dużo żartowali. Wypili do obiadu po piwie, a potem po drugim. On zapłacił cały rachunek, po czym ona uparła się, aby przelać mu swoją połowę BLIKiem. Niezależna, pomyślał. Odprowadził ją na przystanek, chciał ją pocałować. Niezręcznym manewrem wywinęła się od pocałunku i zostawiła jedynie buziaka na jego policzku. Trochę niedostępna, ale to dobrze, wywnioskował.
Zapytał ją jeszcze tego samego wieczoru, czy dotarła bezpiecznie do domu, mimo że miała do pokonania jedynie kilka przystanków tramwajem, a on kilka miast pociągiem. Odpisała mu, porozmawiali jeszcze przyjaźnie. Następnego dnia też napisał. Pisał i pisał, czekając aż to ona zaproponuje drugie spotkanie. W międzyczasie wypadły święta wielkanocne, więc Bianka pojechała do rodziców, stąd też nie miała czasu na randkę - usprawiedliwiał ją. Ale siódmego dnia od ranki Bianka napisała, że skoro znają się z Tindera, to musi poruszyć jedną kwestię: nic z tego nie będzie.
Marcin był z lekka w szoku. Dopytał, na jakiej zasadzie koleżeństwo. Nie idziemy już na randkę? Bianka odparła, że nie, że ona już po pierwszym spotkaniu wie, czy iskrzy, czy nie iskrzy, a między pada deszcz i nie ma szans na rozpalenie najmniejszego płomienia.
Marcin jeszcze dopytywał i próbował zrozumieć, ale nie było zbyt wiele do rozumienia. Nie i chuj.
Ale co poszło nie tak?
Nie podobasz się
Na atrakcyjność składa się wiele cech: aparycja, charakter, temperament, status społeczny, poglądy i mogę tak jeszcze wymieniać długo.
Tinder miał za zadanie selekcjonować potencjalnych kandydatów przez pryzmat wyglądu fizycznego. Masz w parach jedynie osoby, którym dałeś w prawo. Wszystkie ładne laski i same chady. Teraz wystarczy przeprowadzić wstępną selekcję na czacie, umówić się, a potem to już ślub i dzieci. Wszystko wydaje się proste.
Niekoniecznie.
Po pierwsze: Tinder to jeszcze większe stężenie catfishingu niż Instagram.
(Catfishing to podszywanie się pod inną osobę. Może polegać na zmanipulowaniu na temat całej tożsamości, ale czasem ogranicza się do pojedynczej cechy, np. wygląd, wiek, imię.)
Stąd też ta selekcja lewo/ prawo nie zawsze działa, gdy na żywo mamy do czynienia z kimś o zupełnie innym wyglądzie, bo np. zdjęcia choć nie były kradzione, to były wykonane 10kg temu albo z bujną czupryną, ale hormony kazały ostatnio zgolić się na łyso.
Poza tym na Tinderze jeszcze łatwiej zataja się pewne niewygodne rzeczy. Piszesz tylko to, co chcesz, a inni widzą cię takiego, jakim chcesz być widziany. Nikt przecież umieści w opisie: strasznie chrapię/ będę zazdrosna nawet o twoją siostrę/ mam garba, ale na zdjęciach nie widać.
Po drugie: atrakcyjność to nie tylko aparycja. Na randce na żywo (czy to z Tindera czy z koleżanką z pracy) może wyjść na jaw tysiąc innych rzeczy, które mogą się okazać nieatrakcyjne dla drugiej osoby. Jeden lubi brunetki, drugi lubi blondynki, a jedna woli głośnych facetów, druga skrytych i tajemniczych. On chce mieć dzieci, a ona nie. I nie ma w tym nic złego. Każdy człowiek to taki puzzel, który chce się dopasować z drugim puzzlem. Puzzel nie pasuje do większości innych puzzli, ale gdzieś tam czeka ten jeden. A jeśli po ułożeniu całej układanki wciąż jakiegoś brakuje, to może trzeba poszukać w innym pudełku albo pod kanapą.
,,Nie ma tego CZEGOŚ"
Ten z was, kto nigdy tak nie powiedział albo nie usłyszał od drugiej osoby, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Z jednej strony to całkiem normalne. Gdybyśmy byli w stanie zakochać się w każdej osobie spełniającej wymogi naszej orientacji seksualnej, to nie byłoby na świecie singli. To mistyczne COŚ determinuje, w kim się zakochujemy, a z kim jedynie kumplujemy. I Bóg wie, czym TO jest. Czy to jest iskra, czy magia, motyle w brzuchu, albo po prostu reakcja chemiczna w mózgu. Ale TO się dzieje i tyle.
Ostatnio pewien facet po trzydziestce powiedział mi, że on już TEGO nigdy nie czuje. Że jest dorosły i już nie poczuje motyli. Że teraz to tylko może zdecydować, żeby z kimś być, ale fajerwerków to już raczej nie będzie. Myślę, że się mylił i pragnę wierzyć, że zakochać się można w każdym wieku.
Niemniej jednak ,,nie ma tego CZEGOŚ" to najlepsza wymówka. Nie trzeba podawać powodu, wizualizować nieudanej przyszłości z drugą osobą. Po prostu, nie i chuj.
I choć ta wymówka może jest prawdą w wielu przypadkach, to jest to także mechanizm obronny osób o unikającym stylu przywiązania. Autorem teorii o trzech stylach przywiązania jest John Bowlby, a pogłębiła ją Mary Ainsworth. (Wyróżnia jeszcze bezpieczny styl przywiązania i lękowy.) Nie jestem psychologiem, więc zgłębcie temat na własną rękę.
Meritum jest takie, że często nie dostajemy konkretnego powodu odrzucania, bo to ta druga osoba jest powodem, a konkretniej jej lęk przed zaczęciem lub zaangażowaniem się w relację. Rzecz jasna, nie dowiemy się tego od niej. Ci ludzie często po prostu szukają i szukają, i sami nie wiedzą, dlaczego to nie wychodzi. Gdyby na Tinderze konta zakładały osoby jednie o bezpiecznym stylu przywiązania, to aplikacja miałaby trzech użytkowników, bo ludzie tak szybko dobieraliby się w pary.
Ale czasem nie ma w tym drugiego dna. ,,Nie i chuj" czasem naprawdę znaczy ,,nie i chuj".
Nie ten czas i nie to miejsce
Chyba każdy przerobił taką relację z jakąś osobą. On zakochany w niej, ona ma go w dupie. Potem coś się jej odwidzi, ale on ma już dziewczynę. On widzi, że jej zaczęło zależeć, rzuca dziewczynę, ale wtedy ona już z kimś się spotyka. I taka telenowela nie ma końca, aż któraś ze stron definitywnie odpuści i nie ma już więcej siły na odgrzewanie tego samego kotleta.
Żeby mówić o miłości, albo chociaż zakochaniu potrzebne są trzy czynniki: jedna ze stron musi zakochać się w drugiej, druga w pierwszej. Trzeci czynnik? W tym samym czasie. I nie wynika to z faz księżyca, ani horoskopów. Bo koziorożec w tym miesiącu będzie skupiony na sobie, więc nie masz u niego szans, strzelcu.
Bardziej chodzi o to, że ludzkie życie jest zajebiście skomplikowane. Relacje miłosne nie zawsze są prostą linią, która tylko czeka, aż przetnie się z inną. Czasem to zajebiście pofalowana krzywa, pełna zakrętów, pętli, boomerangów, seksownych ex-facetów lub kilku ex-dziewczyn, które nadal kochają. Albo po prostu jest to pięciolinia, bo koleś zgubił kręgosłup moralny i jeden związek przestał mu wystarczać.
Zwłaszcza na Tinderze, ale też w relacjach poza nim, nie jesteś w stanie przejrzeć tej linii. Możesz umawiać się z drugą osobą, a nagle napisze ex, który spada na głowę jak jabłko z drzewa, pod którym się przychodziło. I choćbyś był najlepszym na świecie chadem, to to uderzenie jabłkiem tak zabolało, że guz po nim będzie schodził miesiącami.
Latem Bianka zobaczyła Marcina na dworcu w swoim mieście. Pewnie znów przyjechał na randkę, uśmiechnęła się w myślach. To dobry facet. Patrzyła na niego, ale on jej nie widział.
Grudzień. Bianka niestabilnie szła ośnieżonym chodnikiem, bojąc się poślizgnąć na obcasach. Chodnik był wąski, a ulica obok - w remoncie, więc pachołki ostrzegawcze i taśmy dodatkowo zwężały drogę dla pieszych. Szła ostrożnie, patrząc się pod nogi. W ostatniej chwili podniosła wzrok, mijając kobietę i mężczyznę. Wystarczyło pięć sekund, aby rozpoznała, że to Marcin - mało jest tak wysokich facetów. Minęła parę bez skrępowania, bo on znów jej nie rozpoznał. Może to tylko koleżanka? - pomyślała i odwróciła się za siebie, ale widząc, jak oddalają się, trzymając się za rękę, szybko zrozumiała, że jej teza była błędna. Uśmiechnęła się.
W Marcinie przeszkadzał jej tylko wzrost - to byłby związek na odległość. Ale nie dlatego dała mu kosza, przecież przed spotkaniem dobrze wiedziała, ile ma wzrostu.
Dwa dni po randce, której nie była pewna, umówiła się jeszcze z kimś innym. I z tamtym facetem było TO coś, były motyle i fajerwerki. I to była miłość jej życia. Tak przynajmniej jej się zdawało, bo finalnie to Marcin szedł z kobietą za rękę, a Bianka nie.
Archiwum prywatne

Komentarze
Prześlij komentarz