Co kobiety mają wspólnego ze słoikami dżemu?

pexels.com / cottonbro studio

Istnieje takie zjawisko jak paradoks wyboru. Sheena S. Iyeangar zrobiła badania na ten temat. Eksperyment polegał na degustacji dżemów w super markecie. Na jednym stanowisku ustawiono 6 różnych smaków, na innym aż 24 smaki. Paradoksalnie aż 30% klientów po degustacji, która odbyła się na uboższym stoisku, zdecydowała się na zakup. Natomiast klientów, którym przedstawiono więcej rodzajów, zaledwie 3%.

Pewnie gdybym poświęciła na ten research więcej niż 7 minut, to powołałabym się na więcej przykładów i wymieniła więcej nazwisk albo terminów psychologicznych. Nie chciało mi się, a Wy i tak nie zapamiętacie nazwiska tamtej Pani. Zapamiętajcie wniosek z badania: im więcej wyborów, tym trudniej się zdecydować.

Na Tinderze w Polse obecnie jest 2,3 mln użytkowników. Nie wiem, jak rozkłada się to płciowo, ale załóżmy, że kobiet jest milion. 97% ludzi nie potrafi zdecydować się na zakup jednego spośród 24 smaków dżemów, a co dopiero na związek z jedną z miliona ,,dostępnych" kobiet? 


Miasto 50 - 200 tys. mieszkańców

Pisałam wczoraj ze wspaniałym człowiekiem na Tinderze, nazwijmy go Kacper. Kacper w tańcu się nie pierdoli i już po kilku wiadomościach napisał mi: 


Nie ukrywam, spodobała mi się propozycja. Trochę znudziły mnie pytania o to, czy sernik z rodzynkami czy bez (ale z rodzynkami) albo czy najpierw płatki czy mleko (najpierw płatki), więc miło pogadać o poważnych kwestiach. (Z całym szacunkiem, ja nie mówię, że sernik jest nieważny, ale rozumiecie, życie jednak nie kręci się wokół niego.)
Odpowiedziałam na dziesiątki pytań absztyfikanta i byłam w pozytywnym szoku, jak bardzo jesteśmy zgodni w kwestiach kościoła, posiadania dzieci, wyprowadzki za granicę i inne takie. No kurde, przyszły mąż, chyba. Zaproś mnie na randkę, na co czekasz?
Na randkę nie zaprosił, oblałam egzamin na ostatnim pytaniu.

Mieszkam w metropolii. Lubię to, że Ropucha jest na każdym rogu. I lubię tramwaje, co jeżdżą co 5 minut. I lubię Ubery, lubię na mieście afery. Lubię, że miasto wali smogiem, lubię meneli przed moim blokiem.
Czy mogłabym zamieszkać w mniejszym mieście? Pewnie tak. Ale nie mieszkałam, więc nie wiem. 
Wiem tylko, że nienawidzę wsi. (Jeśli ktoś lubi, to super, nie mam nic do tego. Po prostu nie będziemy razem doić krów.)

Tak więc, Kacprowi na pytanie wieś/miasto czy metropolia? odpisałam skróconą wersję powyższego akapitu. (Skróconą, bo to Tinder, a Tinder to fast food. Gdyby ktoś chciał felietony czytać, to wchodziłby na Gazetę Wyborczą, nie na apkę randkową.) Kacper napisał, że szkoda tej naszej miłości, no ale elo, bo on ze względu na swój zawód, on musi mieszkać w mniejszym mieście, takim zamieszkiwanym przez 50-200 tys. ludzi.
Mówię, że mogę pójść na kompromis, a Kacper powiedział coś, co skłoniło mnie do napisania tego posta, a jeszcze wcześniej założenia tego bloga. Że nie chodzi o kompromisy, chodzi o takie same oczekiwania. I że, sorry, ale na Tinderze jest taki wybór, że znajdzie kogoś bardziej dopasowanego.

Nagle z aplikacji randkowej przeniosłam się kilkanaście lat wstecz na lekcję geografii. Nauczycielkę pamiętam do dziś, bo tych najsurowszych nauczycieli się zawsze pamięta. Niska, ale bardzo zgrabna. Drobny nosek, druciane okulary, ostry ton głosu, gdy krzyczała, a krzyczała często. Prywatnie to ona chyba bardzo sympatyczna, ale ja się z nią na kawkę prywatnie nie spotykałam. Spotykałam się z nią za to w małej dusznej sali geograficznej, modląc się, żeby dziś nie wypadła moja kolej do odpowiedzi. Bałam się też sprawdzianów. Zawsze pobrane ze strefy nauczyciela na stronie wydawnictwa, przeskalowane z A4 do A5, tak że ledwo szło się doczytać, a tusz się rozlewał. I tam gdzieś pomiędzy stalaktytami, stalagmitami i stalagnatami mogłoby się właśnie znaleźć tak dokładne pytanie o wielkość docelowego miasta, w którym chcę zamieszkać. 

Sprawdziany z geografii często oblewałam. Test Kacpra też. Ten z gegry musiałabym poprawić, Kacpra po prostu usunęłam z pary.

Ten jedyny czy kilkuset jedynych?

Jak byłam młodsza i miałam szybszy metabolizm, to wierzyłam, że gdzieś na świecie czeka na mnie ten jedyny. Że jak na siebie wpadniemy, to wystarczy jedno spojrzenie i już będziemy wiedzieć, że to to, bo przecież miłość się czuje.  Że będzie doskonały w stu procentach. 

Dzisiaj wiem, że tych jedynych jest w pizdu, bo jeśli ktoś będzie dopasowany w sześćdziesięciu procentach to już, kurwa, wielki sukces. Reszta to kompromisy. Związek to jeden wielki pieprzony kompromis, co zjeść razem na śniadanie, na jaki film pójść do kina, u których rodziców spędzić święta.
Gdy wchodzi się w związek, zacierają się nasze osobne tożsamości - moje JA i JA partnera. Tworzy się MY. Trzeba nagle podejmować decyzje jako jeden organizm. Co jemy, dokąd idziemy, gdzie spędzamy święta.
(Wraz ze stażem związku później następuje etap, kiedy JA znowu się oddzielają i nagle są trzy tożsamości. Niektóre związki do tego etapu nie dochodzą, partnerzy nie są w stanie wrócić do swoich JA. To się nazywa fuzja, ale o tym innym razem.)
60% to naprawdę dużo. 80% to kurwesko dużo. Ale dopasowanie w stu procentach? Myślę, że nie istnieje. Ale można naiwnie swipe'ować Tindera, łudząc się, że gdzieś w tej talii czeka jeszcze bardziej dopasowana osoba. Może 82%, to nadal więcej niż 80%.

To też częsty powód zdrad. Mamy partnera. Odpowiada nam w 60%, ale tych 40% brakuje, bo na przykład szafek nie zamyka, prawa jazdy nie ma, no i trochę za niski albo za gruba. Nagle na horyzoncie pojawia się idealny zamykacz szafek, z pięcioma różnymi kategoriami prawa jazdy, wysoki i szczupły. Mistyczne 100%? Czy może tylko 40%, którego brakowało w poprzednim związku? Ale o tym, że zdradzany partner kawkę parzył rano, to już się nie pamięta. I że śmieszne kawały opowiadał.
A finalnie, 40% to mniej niż 60%. 

Ludzie trochę przestali chodzić na kompromisy. Po co pracować nad związkiem, skoro za chwilę można mieć nowy? Randki w tych czasach są łatwiej dostępne niż wizyta u ortopedy na NFZ, a przecież składki zdrowotne płacą wszyscy. Od miłości podatku nie ma.

Ale najpierw żeby nad tym związkiem pracować, to trzeba w niego w ogóle wejść. A nie wybrzydzać na Tinderze, że ten ma 178cm, a ta jest kociarą. 100% to można mieć na maturze z matematyki, jeśli się przyłożysz, nie na aplikacji randkowej.

Odpowiedź na tytułowe pytanie, którą już pewnie znacie. Co kobiety mają wspólnego ze słoikami dżemu? Im ich więcej, tym trudniej wybrać.




Komentarze

  1. Oj tak, muszę się zgodzić z autorką. Po co pracować nad związkiem skoro w 3 minutki mogę zainstalować Tindera z porcją nowych facetów? Takie nasze czasy, uczą nas być wybrednym, bo przecież zawsze znajdzie się coś innego (lepszego), nawet w miłości. Świetny artykuł!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy ten opis cię obrazi?

Czym ty się w ogóle przejmujesz?

Chcesz podzielić się swoją historią lub screenem? Napisz maila na kobietytindera@gmail.com